Warto przeczytać


Piotr Lignar
SZLACHECTWO ZOBOWIĄZUJE

Mam znajomego, który jest członkiem ścisłego kierownictwa jednego ze znaczących banków działających w Polsce. Z racji swej funkcji często zasiada w zespole podejmującym ostateczne decyzje o udzieleniu naprawdę dużych kredytów zaciąganych dla sfinansowania poważnych przedsięwzięć. Opowiadał mi kiedyś jak wielkie zdziwienie i mieszane uczucia wzbudzają w nim czasami spotkania z niektórymi osobami ubiegającymi się w swoim imieniu lub w imieniu reprezentowanych przez nie instytucji o owe kredyty. Otóż właściwie wszystko jest w porządku. Spełnione są wszelkie wymogi formalne, sporządzony przekonujący business plan, opracowane jest budzące zaufanie studium warunków jego wykonania, zgłoszone są sensowne propozycje zabezpieczeń i spłaty zadłużenia. Analiza ekspertów potwierdza to wszystko. Nadchodzi moment, w którym trzeba podjąć ostateczne decyzje i wówczas pojawia się ktoś najważniejszy ze strony kredytobiorcy - np. prezes, upoważniony członek zarządu - ktoś, kto niejako firmuje to wszystko. A tu... bywa, że dotychczasowy, zbudowany w oczach bankowców, wręcz idealny wizerunek przedsięwzięcia zostaje poddany poważnej próbie. Ów człowiek jest niespójny w tym, co mówi, chaotyczny, niekonsekwentny, zalewa słuchaczy potokiem frazesów i emfatycznych oświadczeń lub koślawą polszczyzną obciążoną bynajmniej nie gwarowymi naleciałościami, duka coś bez większego związku. Pojawia się wątpliwość czy to możliwe, żeby dotychczas nie budzące złych skojarzeń opracowania wyszły spod jego ręki? Oczywiście wszyscy wiedzą, że to nie prezes przygotowywał wcześniej nadesłane dokumenty, że ma do dyspozycji sztab kompetentnych pracowników, którzy dowiedli tego w fazie przygotowywania projektu. Słowem wiadomo, że jest on niejako fasadą całego przedsięwzięcia, ale... Ale to właśnie on, a nie nikt inny, jest gwarantem tego, że wszystko, co zostało wynegocjowane i obiecane będzie zrealizowane. Wreszcie umowy umowami jednak realizują je ludzie i nie tylko od ich kwalifikacji, lecz także od tego jak są kierowani zależą efekty ich pracy.
Czy ktoś, kto nie potrafi jasno wyłożyć swoich myśli, jest nie zamierzenie wieloznaczny, nieprecyzyjny i widocznymi brakami w kulturze słowa sugeruje, że być może i w innych obszarach jego wykształcenia są poważne luki, może wzbudzać zaufanie? Czy jest wiarygodny? Czy można mu powierzyć pieczę nad realizacją poważnego przedsięwzięcia gospodarczego?
Otóż z całą pewnością czasy, w których podejmując ryzyko w biznesie kierowano się jedynie twardymi parametrami i miernikami warunków przedsięwzięcia minęły. Niezwykle wyrównana oferta rynkowa oraz narastająca konkurencja powodują, że na decyzje menadżerskie nawet największego formatu wpływa szereg czynników, które dawniej uważano za drugoplanowe lub w ogóle nie brano ich pod uwagę. Oczywiście, w świecie dostatku, wolnym od pokrętnych reguł systemu nakazowo-rozdzielczego reputacja i wiarygodność zawsze były cenione. Myślę jednak, że teraz, w prawdziwym biznesie liczą się jeszcze bardziej. Przecież, kto nie spełnia twardych parametrów, nie ma w nim w ogóle czego szukać. Zresztą po cóż wydawano by tak znaczne sumy na długofalowe kampanie public relations, sponsoring i wszystko, co ma zbudować pozytywny wizerunek organizacji? Zaś wizerunek stojącego na jej czele menadżera z pewnością zależy od tego jak formułuje myśli i jak je wyraża! Poza tym ktoś, kto ma z tym kłopoty może być nieefektywny! Po pierwsze, jeżeli traci czas na pustosłowie lub bełkot to znaczy, że go sam nie szanuje. Po drugie, jeżeli wyraża się pokrętnie i dwuznacznie to znaczy, że może mieć kłopoty w komunikowaniu się z podwładnymi. Trudno zaś wyobrazić sobie sprawnie działającą organizację ze źle komunikującym się szefem. Stąd włączenie przed laty do programów nauczania menadżerów w renomowanych uczelniach całej gamy przedmiotów z obszaru wiedzy o komunikowaniu się. Łącznie z retoryką i należącą do niej, uczącą negocjować, erystyką.
Polski menadżer jest już lepiej wykształcony, zdecydowanie staranniej ubrany i zadbany, coraz lepiej posługuje się obcymi językami, ale czy potrafi zyskiwać aprobatę formą wypowiedzi? Z tym bywa różnie. Zważywszy moje obserwacje, niestety bliższy jestem ocenom pesymistycznym. Znajdujący się niekiedy na bardzo eksponowanych stanowiskach także w biznesie ludzie, z którymi się czasami spotykam, plotą trzy po trzy, uciekają w kancelaryzmy zaprawione sporą dawką ośmieszonej już przecież socjalistycznej nowomowy i kaleczą rodzimy język grzęznąc w zawiłościach dykcyjno-leksykalno -gramatycznych. Co gorsza, truchleją na myśl, że mają wystąpić przed większym gremium lub udzielić wywiadu radiowego czy telewizyjnego, szukając ratunku w żądaniu, bym w dwie godziny nauczył ich wszystkiego co powinni umieć. Pamiętam, jak niedawno zwrócił się do mnie przewodniczący rady nadzorczej jednej ze spółek ubiegających się o wejście na polską giełdę z prośbą, abym przeszkolił zarząd i kilku znaczących dyrektorów. Czekało ich sporo spotkań, na których mieli przedstawiać spółkę a jego zdaniem robią to źle, bo nie potrafią mówić. Rzeczywiście miał racje tyle, że rozmawialiśmy we wtorek, a pierwsza prezentacja była zaplanowana na najbliższy poniedziałek!
Tłumaczę to nie tyle ignorancją, ile znacznymi zaniedbaniami i koniecznością odrabiania zaległości oraz kierowaniem się priorytetami wynikającymi z wymogów gwałtownej transformacji systemowej. Krótko mówiąc najpierw trzeba się było uczyć mechanizmów wolnego rynku zostawiając na później niuanse dawania sobie na nim rady. Tym bardziej, że obraz kapitalizmu zbudowany został w naszej świadomości przez socjalizm. Przedstawiano nam ten system i liderów jego gospodarki w postaci bezwzględnych wyzyskiwaczy bliższych sylwetce Al Capone lub niefrasobliwego bawidamka, nie zaś ludzi sprawnych, efektywnych, rzetelnych, kompetentnych, traktujących swój pozytywny wizerunek jako narzędzie skuteczności w biznesie, ale także nieodłączny element kultury świata, który tworzą. W szkołach średnich więcej uwagi poświęcano analizom literatury niż umiejętności dyskutowania, obrony własnego stanowiska i konstruowania barwnych wypowiedzi. Być może dlatego bułowaty prezes o przebiegłości Ulissesa, waleczności Leonidasa, ale niekoniecznie moralności i szlachetności króla Artura, ma nadal u nas niezłe wzięcie. Jednak czy długo jeszcze...?
Czegóż zatem potrzeba, by dobrze mówić, czyli tak, aby coś z tego wynikało, a ci do których mówimy, żeby chcieli nas słuchać.
Po pierwsze - trzeba mieć coś do powiedzenia, czyli dysponować jakąś zawartością merytoryczną. Tylko naprawdę artysta potrafi dobrze i zajmująco mówić o niczym nie wzbudzając podejrzeń o pustosłowie. Dlatego zdecydowanie odradzam takie próby, gdy się nie powiodą nasz autorytet może być narażony na szwank.
Po drugie - konieczna jest umiejętność koncentracji. Zgodnie z radami słynnego J. Pulitzera zawsze wypadniemy dobrze, jeżeli zwrócimy się do tych, którzy nas słuchają:
* krótko - żeby nie stracili cierpliwości, a przez to wątku (nie więcej niż 5-7 minut);
* jasno - żeby zrozumieli wywód ( zrozumiałe każde słowo i pojęcie);
* obrazowo - żeby zapamiętali (przykłady, porównania);
* dokładnie - żeby wiedzieli co z tego wynika i co mają robić lub co myśleć.
Rozkojarzony mówca nie spełni tych wymogów i wcześniej czy później zaplącze się nudząc audytorium.
Po trzecie - niezbędny jest odpowiedni zasób słów. Tu idealna wydaje się wręcz podana przez Melchiora Wańkowicza, bodajże w jego słynnej karafce La Fontaina, anegdota o tym, jak kapral uczył rekrutów strzelania z działka polowego: odpieprzamy zamek, wpieprzamy pocisk, zapieprzamy zamek, wypieprzamy pocisk i czołg jest rozpieprzony. Ten instruktaż jest dobry, bo krótki, ale gdyby był dłuższy? Niestety nasz zasób słów wyniesionych z rodzinnego domu i szkoły średniej często ulega sukcesywnemu ograniczaniu. Posługujemy się coraz chętniej żargonem zawodowym, uproszczeniami i językiem publikacji prasowych z reguły dosyć ubogim i schematycznym. Na dodatek wszechobecna telewizja bezlitośnie zabija sztukę konwersacji i czytelnictwo. Pamiętam żałosne nawoływanie jednego z luminarzy polonistyki wzywającego na akademickiej sesji, ażeby już nawet czytać Harlekiny, kryminały i pocketbooki akcji byle jednak coś czytać, a nie przewalać pilotem kanały telewizji satelitarnej. Nie ma barwnych, soczystych i wartkich wypowiedzi bez odpowiednich słów.
Po czwarte, warto też dowiedzieć się nieco o kilku podstawowych zasadach konstruowania wypowiedzi oraz kryteriach decydujących o jej wartości. Nie chodzi tu o żadne pogłębione studia, bo na to rzeczywiście nie ma czasu, ale o ile łatwiej nam przygotować swoje wystąpienie jeżeli np. wiemy, że jak wynika z rozmaitych badań słuchacze oczekują od nas (w kolejności hierarchicznej)
* rozrywki, czyli pragną abyśmy ich przede wszystkim nie nudzili a może nawet zabawili;
* wiarygodności, czyli żeby to co mówimy było prawdziwe a przynajmniej nie wzbudzało podejrzeń, bo po co słuchać kogoś do kogo nabieramy nieufności;
* łagodnej perswazji, czyli słuchamy po to, aby coś zrozumieć, wyrobić sobie zdanie w jakiejś sprawie lub do czegoś się przekonać;
* przesłanek do podejmowania decyzji, czyli słuchacze spodziewają się, że mówca pozwoli im na ugruntowanie sugerowanego punktu widzenia w stopniu, który pomoże im zdecydować się na jakieś postępowanie.
Zadanie przygotowania, a co ważniejsze zrealizowania takiego wystąpienia jest ambitne i rozumiem tych, którzy obawiają się, że skrojona według takiej miary konstrukcja wypowiedzi wymknie im się z rąk. Jasne, tak może być, gdy nie mamy wprawy. Dlatego kiedy czeka nas rzeczywiście trudne wystąpienie, o dużej wadze lub ładunku merytorycznym - warto zrobić sobie "ściągawkę" w postaci szkicu na kartce. Będziemy mogli rzucić na nią okiem. Oczywiście nie należy tam pisać zwartego tekstu "z zamiarem odczytania go tak, że nikt się nie zorientuje". Mało kto potrafi to zrobić dobrze a nie ma nic gorszego jak dukanie własnych myśli lub wyklepanie ich w monotonnym rytmie. Trzeba zrobić sobie po prostu czytelne notatki. Taka ściągawka nie tylko ratuje nas, gdy wdawszy się w dygresje tracimy wątek, ale także podbudowuje psychicznie obniżając tremę. Wiemy bowiem jak się ratować.
A co mają robić ci, którzy mimo starannego przygotowywania się, stałego wzbogacania słów, umiejętności koncentrowania się i znajomości podstaw retoryki i tajników komunikacji werbalnej nie wypadają dobrze? Ba, nie pomagają im godziny spędzone na zajęciach z logopedą i trenerem. Cóż, z całą powagą, odwołując się do bagażu własnych doświadczeń z czasów, gdy byłem dziennikarzem radiowym i przeprowadzałem sporo rozmów antenowych z moimi gośćmi - radzę nie występować. To bardzo dobrze, jeżeli menadżer - lider - szef ma talent Demostenesa. Dobrze, jeżeli mówi poprawnie, ale naprawdę nic się nie stanie jeżeli świadomy swych słabości będzie unikał roli mówcy. Wreszcie Ojciec Chrzestny jak pamiętamy, mówił mało, cichutko i niezbyt barwnie a i tak wszyscy słuchali go niezwykle uważnie.